2014/11/08

Pierdupierdu po czasie i koncert Eldo w Nowej Gazowni.

Słoneczny poranek powinien zwiastować dobry dzień i jeszcze lepszy wieczór, a ja siedzę w emo-różowym szlafroku z lapkiem na kolanach i zastanawiam się, jak bardzo spieprzę sobie samopoczucie. Z obawy, że nie przygotuję się na to na czas, boję się założyć klapki i wyjść na korytarz, pójść w stronę kibla. M. jeszcze śpi, w słuchawkach 2cztery7.

W sumie nie wiem, dlaczego zaczynam pisać, bez wyraźnego tematu. Znając mnie powiem słowo o jednym, potem o drugim i ostatecznie o niczym. Mam jednak nieodpartą potrzebę napisania kilku linijek bez konsekwencji, że ktoś to przeczyta i nie daj borze sosnowy wyciągnie sens.



Życie w Posen rozpoczęło się szybko i intensywnie, a teraz zaczyna się robić podobne jak w starej, rodzinnej mieścinie. Nowe nadzieje umarły szybko i brutalnie, pozostawiając mnie w pustym pokoju przy dwóch podgrzewaczach o zapachu wanilii. Spotkało mnie sporo zawodu, szczególnie ze strony osób, na które najbardziej liczyłam. Mimo wszystko zdobyłam wiele miłych chwil i zakochałam się w tym dziwnym mieście tak bardzo, że nie chcę go zostawiać.

Wczoraj siedziałam z Ł. u siebie i totalnie zrobiliśmy całe nic. Gdy nastawialiśmy się na podjęcie jakiś konkretniejszych działań zadzwoniła  M. i tak oto zaczęłam w szaleńczym biegu przygotowywać się na spotkanie z moim ulubionym polskim raperem. Był problem z dotarciem do Nowej Gazowni - Grobla okazała się nieco skomplikowaną ulicą a i M. nawaliła, bo zapamiętała miejsce koncertu jako "Stara Gazownia". Kręciłyśmy się zatem po okolicy i denerwowałam się niezmiernie. Ostatecznie najbardziej pomógł nam mężczyzna koło 30, całkiem przystojny o ciekawym zapachu perfum. Trochę żal, że nie był młodszy, ale cóż, zdarza się. Trzeba jebnąć się w łeb i iść dalej.


Wreszcie dobrnęłyśmy do pawilonu. Wchodzimy, stoi garstka ludzi, część z nich charakterystycznie macha ręką a na scenie rapuje Eldo i Pelson. Mimowolnie uśmiechnęłam się - zawsze chciałam być na takim koncercie i wreszcie jestem, w totalnym nieogarze ale szczęśliwa jak nigdy. Stoję wśród grupy fanów, nóżka chodzi sama w rytm bitów, ręka faluje, włosy się kołyszą. Jest mi świetnie, choć gardło napieprza drę się przy możliwie każdej linijce, którą znam. Sporo się śmiejemy, duet na scenie ma fajny kontakt z publiką.


Nagle podajemy sobie dłonie, w imię wyższych wartości, pokoju, w imię przyjaźni i miłości i nagle zaczynają rozbrzmiewać pierwsze dźwięki mojego dekalogu, od którego zaczęłam się zmieniać i sporo zyskałam, a o którym ostatnio zapominam jak często się da. W życiu nie chodzi o to, by sympatie zdobywać. Cały utwór, słyszany na żywo wstrząsnął mną bardziej, jak wtedy, gdy znalazłam go przypadkowo na wrzucie. Myślałam, że w pewnym momencie się rozpłaczę, coś w rodzaju katharsis, sama nie wiem. Targały mną różne uczucia i miałam wrażenie, że uczestniczę w czym w rodzaju spowiedzi, tyle że dla osób ułomnych jak ja. Wiele obrazów i wiele błędów stanęły mi przed oczami, lecz przebiegały tak szybko, że na żadnym z nich się nie skupiłam. Nie mogę sobie przypomnieć, kiedy pierwszy raz słuchałam Granic. Nie mogę też zrozumieć, dlaczego porzuciłam swój kierunkowskaz. Czuję jednak, że przypomniałam go sobie na czas i ten koncert to nie był przypadek, to wcale nie był przypadek, że M. wygrała wejściówki i zabrała mnie tam, że stałam i słuchałam tych utworów ani nie jest przypadkiem to, że mam dwa autografy w zeszycie z notatkami z zajęć na uczelni.

Wiem, że muszę coś z tego wyciągnąć, tylko jeszcze nie wiem, co.

Potrzebuję kierunkowskazu do kierunkowskazu.

A na koniec jebnijmy się w łeb.