2014/12/25

Rodzinne spotkania przy stole.

Od kilku lat nie jeździłam do rodzinnej miejscowości mamy, do dziadków, w święta. Nie mieliśmy samochodu, nie chciało nam się, nie było miejsca dla mnie w innym samochodzie itd. Wcale mi nie było przykro z tego powodu, ba, nawet strasznie się cieszyłam. Nie cierpię tam jeździć. Niestety w tym roku mamy już własne auto, rodzicom zachciało się jechać, a ja? Z racji tego, że nie chciałam się z nimi kłócić, pojechałam.

Tragedia.



Udaliśmy się na groby osób, których nie znam, nie pamiętam, nieważne. A potem wybiła godzina zero i moja stopa przekroczyła próg dziadkowego domu. Hej rodzinko! Przywitałam się z obecnymi, podrapałam psa i usiadłam na dupsku jedząc słaby bigos. Zdałam sobie sprawę, że wcale nie jest źle: nadal nie było większości członków mojej familii, nikt nie zadawał niewygodnych pytań. Uznałam, że to zbyt piękne, żeby było prawdziwe.

Potem na stół trafiła wódka, która uratowała mnie później. Matka Zimna Czysta jednak ma mnie w swojej opiece, Przyjechała ciotka I. i cała reszta no i się zaczęło: jak studia, co robię, jak imprezuję, jak mi wszystko się układa, lodów nie dostanę, bo to kawaler ma mi kupować wódkę i lody (dziadek na propsie!). Ale to wszystko nie było takie złe. Złe było to:

- Jak to nikogo nie masz, to co ty robisz w tym Poznaniu?

Zostaję właścicielką fabryki Kadarki?

Na to pytanie odpowiedziałam... wzruszeniem ramion i zabrałam się do kieliszka. A potem, chyba żeby mnie dobić specjalnie, wręczyli mi małego ciotki M, (jak on do cholery ma na imię?!), żebym go poniańczyła.

To dopiero było przerażające,

Myślałam, że zabiję to dziecko. Ono było takie... małe. Ciepłe. Żywe. Straszne. I mnie obśliniło. Jak sobie pomyślałam, że to mogłoby być moje maleństwo to... Nie, nie mówmy o tym. Chwilę po otrzymaniu żywej bomby usłyszałam zdanie mojej mamy:

- A stary do mnie mówi, że jeszcze trochę i u nas taki mały będzie biegał. Ja się popatrzyłam na niego ze zdziwieniem i mówię: no chyba nie moje. A on, no nie, Amy.

I teraz masa pytań, czy chciałabym mieć dziecko, kiedy, ile... Kiedy zobaczyli przerażenie w moich oczach odpuścili sobie ten wywiad, zabrali mi dziecko, a ja sięgnęłam po kieliszek, tym razem z winem.

Niedługo potem wróciliśmy do przystani ciepła i spokoju, z dala od tych wszystkich pytań.

Czy to takie dziwne, że przeraża mnie fakt macierzyństwa? Albo że nie mam faceta? Moim zdaniem to całkiem normalne, tym bardziej, że jestem naprawdę młoda i jeszcze wiele przede mną różnych i dziwnych i nowych spraw. Skąd takie parcie na zakładanie rodziny? Jeszcze żebym to ja chciała i mi nie wychodziło, to kij w to. Ale to innym tak bardzo zależy. Brak tematu do plotek? Zwykła troska o to, żebym była szczęśliwa? Chęć dopieczenia mi z tego powodu?

Zestresowali mnie tylko. Mam nadzieję, że nie tylko dla mnie takie spotkania są stresujące i zawsze znajdzie się ktoś, kto choć po części mnie zrozumie.

A na koniec jebnijmy się w łeb.