2015/05/30

Potyczki z Instagramem.



Obecnie mamy takie czasy, że bez statystyk można stwierdzić jak duży procent młodzieży korzysta z takich portali jak Facebook, Twitter, Ask.fm i z tryliarda innych podobnych sobie. Istnieje również coś takiego jak Instagram. Instagram, który od zarania dziejów mnie interesował i wreszcie posiadam tam konto.



Początkowo byłam bardzo negatywnie nastawiona do tej aplikacji, choć wcale jej nie użytkowałam. Nie lubię podchodzić do różnych spraw w imię zasady "nie lubię, bo nie". Jestem kobietą i podobno mam prawo, a niektórzy nawet sądzą, że obowiązek tak mówić, ale osądzać coś lub kogoś bez jakiegokolwiek kontaktu jest co najmniej... płytkie. Chciałam przetestować Instagrama, żeby wiedzieć, o czym mówię i jakie mam podstawy, by skrytykować. Niestety, należy mieć zarejestrowane konto, a da się to zrobić wyłącznie za pomocą urządzenia z Androidem lub iOS. Mój stary telefon służył tylko do ustawiania budzika i wysyłania SMSów, więc nie mogłam sobie pozwolić na wrzucanie foteczek i hasztagowanie wszystkiego co się da.

Zanim założyłam swój profil, po prostu przeglądałam profile swoich znajomych. Na samym początku nasunęło mi się pytanie: po co to wszystko?

Najbardziej co nie podobało mi się w widzianych przeze mnie kontach, to była niesamowita liczba tzw. selfie. Niektórzy potrafili wstawić kilka podobnych do siebie zdjęć tego samego dnia, wyłącznie ukazując swoją facjatę i to z tą samą miną. Z tego co czytałam to nie jest apka do strzelania sobie fotek, ale do dzielenia się ciekawymi i pięknymi momentami z innymi ludźmi na całym świecie. Dodatkowo mamy możliwość edytowania naszych zdjeć, by nadać im osobliwego czaru. Możemy szukać inspiracji u innych, widzieć ich wielkie lub po prostu skromne, ale przyjemne akcje w życiu, które przynoszą mnóstwo radości.

Zamiast tego jest fala selfie i kupa serduszek, wysępionych lub nie.

I tu chyba jest esencja istnienia tych portali. Ludzie nie znający swojej wartości muszą się dowartościować. Nie chodzi tak naprawdę o poznawanie innych, podziwianie czyjejś urody, utrzymywanie kontaktu ze znajomymi (tak, komentowanie zdjęć nie liczy się jako rozmowa). Tu trzeba walczyć o swoją samoocenę. Jak? Bardzo prosto: trochę makijażu, cyc do przodu, filtr, koniecznie jakiś filtr, albo przejaskrawić te zdjęcie, a najlepiej wszystkie efekty na raz, niech wiedzą, że znasz się na edytowaniu (graficy my!). Potem wstawia się takie cudo i liczy lajki/serduszka/inne pierdółki. Facetów też to dotyczy, różni się tylko przygotowanie do zrobienia cudnej fotki. W to się zagłębiać nie będę.

Wraz z liczbą lajków i serduszek rośnie poczucie, że jest się ładniejszym, lubianym, szanowanym... że jest się kimś.  Że ludzie nie są obojętni na Ciebie. Niestety są. Chwytasz ich uwagę tylko na sekundę. Czy naprawdę tego potrzebujesz?

Instagram mam już od miesiąca. Czas szybko mi płynie i wstawiłam 27 postów. Jestem ja, przygotowana i pozytywnie nastrojona do pracy, Romek ze schroniska, placki ziemniaczane autorstwa mojego i Księżniczki, najpiękniejsze buty w stylu lat 90tych, widoki, które zmusiły mnie, bym się zatrzymała i chwilę pozachwycała pięknem przyrody. Miejsca, gdzie byłam. Tramwaj też musi być.

Nie zamierzam rezygnować z konta. Podoba mi się to, że mogę wstawiać tyle zdjęć, ile mi się podoba, a każde miło mi się kojarzy. Nie muszą być piękne, wystarczy, że są znaczące dla mnie i mogłam na nich coś uchwycić, a potem powspominać wszystko z tym związane. I to wszystko w jednym miejscu! Genialne!

Jeżeli jest tu ktoś zainteresowany: proszę, kliknij, a znajdziesz się na moim profilu. Nie zapomnij się odezwać!

A na koniec jebnijmy się w łeb!