2015/06/15

Czy istnieje dobry gust muzyczny?


Szczerze nie znoszę tej całej gównoburzy, jeżeli chodzi o krytykę czyjegoś gustu muzycznego. W szczególności, gdy krytykujący nie zna na dobrą sprawę nikogo więcej, niż najczęściej słyszanych w radiu wokalistów. No i na dodatek potrafi ubliżyć komuś tylko dlatego, że słucha Britney Spears!



Każdy, kto kocha muzykę i słucha jej godzinami, na pewno zadał sobie pytanie, czy ma dobry gust muzyczny. Ja też sobie zadałam takie pytanie. Doszłam do wniosku, że może niekoniecznie mam dobry gust, ale za to na pewno jestem otwarta na wszelkie propozycje muzyczne (może z lekkimi wyjątkami). Nie jestem pewna, czy istnieje coś takiego jak dobry gust. Suma summarum to zawsze wypadkowa naszych upodobań, nie ma jednej zasady na to, by ocenić czyjeś przyzwyczajenie muzyczne. To głupota.

Pewnie nie podzielasz mojego zdania. Szanuję to. Czekam w takim razie na Twoją opinię co do mojej ulubionej dyskografii. Tymczasem przybliżę Ci moją muzyczną historię.

Pamiętasz może, czego słuchałeś w wieku 7 czy 8 lat? Ja mam to szczęście, że muzyka niezwykle zapadła mi w pamięci. W naszym małym domku nie było miejsca na ciszę. Cisza była zabójcza i fakt, zdarzało się, że czasami mnie męczyła, ale to były sporadyczne przypadki. Najczęściej jak drzemała ona. Mama zaraziła mnie miłością do tego przyjemnego hałasu płynącego z wieży Sharpa. Uwielbiałam, jak grała tak bardzo, bardzo głośno!

Z początku były same kasety, na jednej z nich miałam Smerfowe Przeboje (kocham nadal), na innej grało nieśmiertelne What is Love?. No i nie mogę zapomnieć o tych wszystkich nagraniach teledysków z MTV na kasetach VHS. Shania Twain i Shakira, jak się nie mylę była też Madonna. Potem Mama zwykła kupować płyty na targowiskach, kopie składanek typu Dziewczyna 13 czy Bravo Hits. Plusem tych składanek było to, że pojawiały się tam utwory z różnych gatunków, choć głównie zamieszczano tam obecny mainstream. Nie zmienia to faktu, że do tej pory pamiętam, pod jakim numerem kryje się dany utwór, pomijając to, że nadal pamiętam teksty do większości z nich.

W sobotę, o ile mnie pamięć nie myli, namiętnie oglądałam 30 ton Lista Lista. TAM to dopiero było wszystko, jednak najbardziej pamiętam Kult, Eiffel 95 i Chylińską.

Po kasetach i płytach przyszła era Vivy Polska. MTV nie słuchałam, bo nie słuchała jej moja Mama. Czasami puszczano tam rocka (!), czasami nieco rapu, którego kochał Tata i o który była wojna. Viva była zawsze z nami, codziennie, chociaż na trochę. Najbardziej pamiętam czasy Explosion, Sextasy i w sumie jakiegoś innego... co to kurwa w sumie było? Nie mam pojęcia, ale nóżka chodziła na dyskotekach w podstawówce, a głównie w gimnazjum i teraz część tych hitów tworzy stały punkt na imprezach, po kilku pięknych lub mniej latach.

Nie udawaj, że nie chodziłeś na dyskoteki w gimnazjum. Szkolna potańcówka to było to, czego każdy się wyrzekał, ale każdy potrafił się o dziwo nawet dobrze bawić. I wtedy były pierwsze miłości, jak i rozczarowania!

W tych latach dostałam również swój pierwszy odtwarzać MP4. Potem dostałam jeszcze jeden, który przeżył naprawdę bardzo wiele i niezmiennie od jakiś sześciu lat jest stałym towarzyszem i wyrozumiałym przyjacielem, gdy włączam tryb losowania utworów. Skubany zawsze wie, czego akurat teraz chcę posłuchać.

Żyłam nieco takim mainstreamem przez straaasznie długi czas. W pewnym momencie zaczęły do mnie napływać inne gatunki. Na początku moja kochana rodzicielka zjebała mnie siarczyście (naprawdę, w tym jednym zdaniu naprawdę mnie poruszyła) i powiedziała do mnie: "POWINNAŚ SIĘ WSTYDZIĆ, ŻE NIE ZNASZ FREDDIEGO MERCURY!!!"

Ps: Freddie to ulubiony, najukochańszy artysta mojej Mamy. Nigdy chyba nie czułam w jej głosie takiego żalu i politowania wobec mnie. Serio. Chyba ją wtedy nieco zraniłam, że jestem taka głupia i nie wiem, kim jest taka gwiazda. Obecnie wcale mnie to nie dziwi.

Wtedy zapaliło mi się światełko w głowie: co z tego, że znam wszystkich obecnych wokalistów na topie (których lepiej było nie słuchać, bo swoją twórczością jakoś dużo mimo wszystko nie reprezentowali), skoro nie znam tych, których zdarza się słuchać w radiu i nie znam takich sław jak Mercury!

Sprawdzałam namiętnie każdy zespół, o którym coś wyczytałam w gazecie. Tak zakochałam się w Linkin Park. Potem przyszło mi szukać utworów w różnych językach na wrzuta.pl. Mniej lub bardziej kreatywnych. Poznawałam klasyki i inne, mało znane gatunki muzyczne.

Koledzy pokazali mi rocka. Dużo rocka. Różnych odmian. Kocham ich niezmiernie za to.

Na studiach pokochałam Nirvanę, której wcześniej nienawidziłam. Ogólnie słucham więcej grunge'u. Np. 7 Year Bitch.

Nie gardzę elektroniczną muzyką. Ambient, progressive house. Mieszania różnych stylów.

A czasami słucham Christiny Aguilery na przemian z Wariacjami Goldbergowskimi. Może to nienajlepsze połączenie, ale Was to nie powinno obchodzić.

Kocham wszystkich, którzy pokazali mi masę zespołów, a przede wszystkim last.fm. Dzięki temu portalowi zyskałam wiele nowych ulubionych utworów i szczerze polecam fanom muzyki. Spotify okazał się równie przydatny.

Ogólnie uważam, że niektóre zespoły czy wokaliści są beznadziejni. Przykładowo taki Justin Bieber. Ani to męskie, ani cholera wie co, a jego utwory nie trafiają mi do serca jak tym wszystkim nastolatkom na całym świecie. Z drugiej strony jak zaczynam słuchać What's happenin' Method Mana to wszyscy patrzą na mnie jak na bezguście, bo przecież tam nie ma żadnego przekazu.

Może i nie ma, ale kocham się do tego bujać, udawać rapera i przypominać sobie wypalone zielsko na Górce Kołoskiej w rodzinnym mieście.

Dobrze mieć swoją opinię i umieć coś konstruktywnie ocenić, skomentować. To jest bardzo rozwijające. Nie róbmy tego jednak w tak bardzo chamski sposób, raczej zaproponujmy coś, co sami uważamy za dobre.

Dla każdego muzyka jest czymś innym. Polecam wszystkim słuchać jej jak najwięcej, bo muzyka budzi w nas wiele emocji, uspokaja, motywuje, pozwala się wypłakać i czuć się o tonę lżejszym. To również niesamowita kartka z pamiętnika, która przypomina nam o różnych zdarzeniach lub osobach.

Jedyne czego nie polecam to ustawiania swojego ulubionego utworu na dźwięk budzika. Nie róbcie sobie tej krzywdy.

A na koniec jebnijmy się w łeb.