2015/08/01

Nieśmiertelna Ama


Mój powrót do domu przyniósł w konsekwencji wiele sprzeczek, smutku, tęsknoty a przede wszystkim nudy. Musiałam się czymś zająć, inaczej chyba bym nie przeżyła niemiłych sytuacji i braku Poznania na co dzień. Postanowiłam więc obejrzeć całą Sagę Zmierzch, tak po prostu, bo nie wymaga dużego nakładu myślenia a i rozśmieszy nie raz i nie dwa! Oprócz dziury w mózgu, która pozostała po seansie, zaczęłam się też zastanawiać nad wampirami i nad tym, czy sama chciałabym nim być.




Bycie nieśmiertelnym - to kusi. Zachować swoją młodość, krzepkość. Zostać takim na wieki. Patrzeć, jak rozwija się świat, zachodzące w nim zmiany, nowości techniczne. Być świadkiem historycznych zdarzeń, móc żyć tak po prostu. Udawać się tam, gdzie się chce, bez konsekwencji, że umrzemy na malarię, bo już nie możemy. Nie rozjedzie nas też kierowca tramwaju, a nawet jeśli, to i tak nic nam nie zrobi. Wszystko co wymieniłam brzmi wspaniale. Mnie osobiście najbardziej kusi ta młodość, wieczne zdrowie i możliwość obserwacji, co się dzieje na świecie. Nie dziwi mnie, że w wierzeniach ludowych pojawiła się postać wampira. Wielu ludzi na bank chciało się przeobrazić, i chce, w tego potwora za takie profity.

Nie ukrywajmy, wampiry to zło. Wszystko tutaj musi być w równowadze, stąd też wampir płaci za swoją wieczność. Mordem.

Czasami spotykam się z takimi opiniami jak "A tam, co ty pleciesz, raz na jakiś czas wyssać kryminalistę albo jakieś zwierzę i lecisz dalej!", "No trudno, chyba bym się przyzwyczaił...", "Za taką moc mogłabym zrobić wszystko!", "Tyle da się zrobić.". Może i tak. Ale przyznam szczerze, że nie chciałabym być wampirem.

Utrata rodziny z powodu faktu, kim się stałam, nie cieszy mnie. Kłócę się z każdym, coś mi nie pasuje, coś mnie drażni, ale kocham ich. Nie mogłabym patrzeć, jak załamują się po mojej "śmierci" a ja muszę żyć z dala od nich. Nie mogłabym też patrzeć, jak umierają ze starości w bólu i chorobie, gdy mnie czeka... nieskończenie wiele lat tułania się po ziemi. To smutne, opuścić wszystko co kochasz na rzecz nowego życia, które już na samym starcie jest smutne, przygnębiające i wbija nawet nie szpilki, a miecze w serce.

Nie satysfakcjonowałoby mnie to, że wszystko wokół mnie umiera, a ja muszę to przechodzić po raz kolejny. Rozstania, ostatnie pożegnania. Bo każdy, ale to każdy umrze prócz mnie.

Zabić dla krwi? Nawet, jeśli to jest głupi szczur? Nie. Nie potrafię zabić pająka, bo się boję, że mi odda. A co mówić o człowieku? O kimś, kto ma duszę, własne życie, zmartwienia i typowe ludzkie troski? Nie i koniec.

Poznać kogoś i z nim być? Niemożliwe. No, chyba że z drugim wampirem.

Obejrzeć zachód słońca? Chciałoby się! Szybciej spłonę, niż będę się świecić jak Edward.

Moje dżinsowe kurtki też nie byłyby wiecznie w modzie. Teraz mam akurat farta, bo moje ulubione wdzianka są in taste, ale potem nie byłoby tak łatwo.

Nie chciałabym być nieśmiertelna. Z drugiej strony obawiam się śmierci.

Mówi się, że my, młodzi, wcale o niej nie myślimy. Uważam, że to głupstwo. Myślimy, ale nie tak często i nie tak intensywnie jak osoby starsze. Mimo wszystko uważamy, że młodość to super moc, która wyniesie nas nad każdy szczyt i będziemy szczęśliwi. Zdajemy sobie sprawę, że nie będzie tak cały czas, ale kto się tym teraz przejmuje? Dlatego nie przejmujemy się śmiercią, bynajmniej nie tak, jak pierwsza lepsza babcia z balkonu. To nam teraz nie zagraża, więc po co się zadręczać?

Boję się starzenia. Pomarszczonej skóry, wypadających włosów (jakbym już ich miała pełno, chyba na dywanie), wychodzących żył, wypadających zębów. Reumatyzm. Choroby. Przeraża mnie to, że kiedyś nie będę mogła wstać i zacząć tańczyć. Przeraża mnie to, że nie będę słyszała taktów ulubionej muzyki, że nie będę widziała oczu moich wspaniałych ludzi. Nie mogę sobie tego dobrze wyobrazić, nie chcę znać tego bólu. Sama myśl jest koszmarem, lepiej, by się nie ziścił.

Nie chcę być też taką dorosłą osobą. Myślącą poważnie. Nie chcę stracić tej naiwności, optymizmu, spontaniczności. Jak widzę swoich rodziców to mam wrażenie, że nie chcą tak żyć, jak żyją, ale z drugiej strony nie wiedzą, co mogą zmienić. A może już nawet nie chce im się kombinować? Bo za dużo roboty, bo dzieci, bo już jest za późno?

Wiele rzeczy już nie będzie dla mnie nowych. Życie przestanie mnie tak zaskakiwać jak teraz, a jak śpiewał Rojek upadamy wtedy gdy nasze życie przestaje być codziennym zdumieniem. Będzie ciężko samą siebie zaskoczyć. Jeszcze więcej rzeczy podobno nie będzie mi wypadać robić, co pewnie wprawi mnie w dyskomfort i sama nie wiem, co z tym zrobię.

Samotność również wiąże się ze starzeniem. Pewnie przeżyję swoich rodziców ale nie wiem, czy zawsze będę przy nich, jak by tego chcieli. Może ich pod tym względem zawiodę? Może nie powiem im wszystkiego, co chcę, bo nie zdążę? A co będzie ze mną, jak na starość zostanę starą panną, bez dzieci? I znajdą mnie po pół roku, bo nie będę płacić rat?

I chyba najgorsze ze wszystkiego - nicość. To jest dopiero abstrakcja! Ta nicość. Umierasz i nic. Takie tam nic. Wspomnienia, uczucia i myśli wyparowują i znikają. Puf! Magia! Nie ma Ciebie kompletnie. Z tym chyba najbardziej nie mogę się pogodzić. Dlatego wierzę, że coś się ze mnie zachowa i będzie dalej żyć, bo niewyobrażalnym dla mnie jest, że to... tak się rozpłynie. Rozpłynę się ja.

I tak źle, i tak niedobrze. Chciałaby gówniara nie wiadomo czego!

Gdyby tak wszyscy mogli pozostać młodzi i piękni, bez żadnego rozlewu krwi i innych negatywnych konsekwencji dla otoczenia, to w to mi graj! Kto wie, może za kilkanaście lat będzie to możliwe?

Szkoda, że tego nie dożyję. Powinnam się martwić moją emeryturą, a nie wiecznością bytu.

A na koniec jebnijmy się w łeb.

PS: Obejrzałam Sagę i stwierdzam, że wolę być wilkołakiem.