2015/09/06

Myśli po pierwszym września


Z dniem pierwszego września moja siostra ubrała się elegancko i zaczęła nowy etap w życiu, no bo czwarta klasa podstawówki to już nie przelewki. Kiedy ona stała na sali gimnastycznej, ja dopiero zaczęłam się budzić, potem wypiłam herbatę i stwierdziłam, że nieco się starzeję. Chcę czy nie chcę doszło do kilku zmian i chyba pierwszy raz muszę przyznać - mój czas na szkołę był naprawdę bardzo dobry.



Już nigdy nie będę chodziła na rozpoczęcie roku szkolnego. Być może dorobię się kiedyś swoich dzieci i będę przez pierwsze lata edukacji dreptała razem z nimi w ten specjalny dzień, ale to już nie będzie to samo. Przypomniało mi się moje marudzenie, że to wcześnie trzeba wstawać, że to nauczyciele tacy okropni, że to mnie nikt nie lubi, że to, że tamto. Generalnie stwierdziłam, że czasów podstawówki i gimnazjum nie chcę powtarzać, jednak gdybym musiała, to wybrałabym swoje lata, a nie mojej siostry.

M. ma przerąbane. Serio, ma tak przerąbane, że jej współczuję... Dlaczego?

Za moich czasów podręczniki były tak grube, że można było nimi zabijać, a nawet uklepać schabowe. Może jakoś nie porywała nas treść, bo przecież to kawał nudy, ale mi udało się właśnie dzięki podręcznikom przeczytać fragment dobrej książki, znaleźć nowego, dobrego pisarza. Rodzice płakali nad kosztami, a ja nad bólem pleców spowodowanego ciężarem knig. Moja siostra dostała książki od rządu. Przyniosła je wszystkie jednego dnia, gdzie ja kiedyś to prędzej bym się obaliła i umarła, bo nie dałabym rady wstać, niż je wniosła na czwarte piętro. Co jest w tych książkach? Obrazki, dużo obrazków, jakoś tak mniej treści, mniej zadań, mniej WSZYSTKIEGO. Z jednej strony to i lepiej, bo i tak pewnie nie zdążą przerobić całego materiału w klasie, więc po co ma nadwyrężać kręgosłup? Z drugiej strony jednak mam wrażenie, że ogłupianie społeczeństwa trwa. A nie ukrywajmy, z tym jest coraz gorzej. Wystarczy poczytać niektóre posty na forach internetowych.

No i od razu widać, kto sponsoruje wyprawkę do szkoły dla dziecka ;)

Czasy podstawówki wcale nie były dla mnie takie proste. Nabawiłam się tylu kompleksów i niezbyt miłych wspomnień, że mam wrażenie, iż dopiero teraz w pełni wychodzę z traumy. Przypomnę - mam 20 lat. Maluchy potrafią być czystym złem, nie znają granic okrucieństwa. Jednak wciąż w głowie świta mi kilka miłych wspomnień.

Kupowanie Shocków na przerwie. Siekieratka. Pierwsze "wielkie miłości". Pączki. Przesiadywanie na murku obok świetlicy. Chaos w szatni. Zjadanie obiadów swoich znajomych, bo oni już nie mogli jeść, a ja jak najbardziej mogłam. 3-dniowa wycieczka po Polsce.

Moja siostra już nie kupi sobie Shocka, nie dlatego, że ich nie produkują, tylko dlatego, że są zabronione w szkolnych sklepikach. Pierwszą miłość już chyba przeżywa, to jest takie słodkie i jednocześnie nieco mnie smuci - ma bogatsze życie uczuciowe jak ja na ten moment. Pączków też nie zje, nie będzie o nie walki przy okienku. Szatni też nie ma, bo są szafki, jak w Ameryce. 3-dniowej wycieczki po Polsce raczej też mieć nie będzie, bo przecież już dostała podręczniki, po co dofinansowywać kształcące umysły podróże?

No i w ogóle ta cała akcja z "niebyciem grubaskami".

Ostatnio wracałam z miasta do domu i po drodze postanowiłam zajść po jakieś drożdżówki. Byłam głodna, nie jadłam śniadania, a z racji niedawnego okresu chciało mi się po prostu czegoś słodkiego. Jest taki sklep jednej z wielu piekarni w okolicy mojego bloku, naprzeciwko gimnazjum i podstawówki. Akurat przyszłam na przerwie trwającej w obu szkołach. Pod śmietnikiem paliła fajki grupka gimnazjalistów, buch po buszku. W sklepiku kolejka wychodziła za próg drzwi. Ustałam w wężyku z dzieci, a zaraz za mną gimnazjaliści po dotlenieniu płuc.

Biedne małolaty - nie dość, że przerwy ledwo starcza na szluga, to jeszcze za słodką bułką muszą się tyle nalatać. No ale też będą biegać tam i z powrotem, raz za papierosem, raz za jedzeniem. Spalą kalorie z bułek i nie będą grubaskami. Pani Kopacz to jednak trochę to przemyślała.

Ale i tak współczuję.

Moja era świetności to była era pierwszych telefonów z kolorowym wyświetlaczem, początki posiadania internetu w każdym domu, przynoszenie płyt z pirackimi grami, kręcenie się po zaułkach - byle by nie wrócić do domu. Sporadycznie jakieś kreskówki, dużo muzyki, długo królowały kasety i kompakty. Też pirackie. Nawet na tak nielubiane dziecko jak ja to i tak sporo czasu spędzałam na podwórku, dopóki nie wpadłam w szpony uzależnienia od komputera i znalazłam sobie "znajomych". Pestki i Tymbarki, dalej je kocham.

Era mojej siostry to średnie, a czasami nawet złe kreskówki na Cartoon Network, smartphony, siedzenie przed ekranem czegokolwiek większą część dnia. Moja siostra nie wychodzi na dwór, bo wielokrotnie woli oglądać TV lub siedzieć przed komputerem. I nie jest jedyną. Nie mówię, że wszystkie dzieci tak robią, ale jest ich zastraszająca większość. To przykre. Nawet muzyka dziś jest okropna i z racji siostrzanego obowiązku zawsze, gdy jestem w domu, puszczam trochę klasyków, trochę nowości w dobrym guście. Różne gatunki, od rocka do elektroniki, żeby dzieciaka nie ograniczać, bo i po co?

Nie widzę plusów jej generacji. Jeszcze nie widzę, albo nigdy ich nie zobaczę, sama nie wiem. Moja też jest nienajlepsza, ale mimo wszystko chyba wypada lepiej na tle tej nowej. Przynajmniej tak mi się zdaje, może ktoś starszy ode mnie, bardziej doświadczony i z szerszymi poglądami lepiej to oceni i uargumentuje.

Mi po prostu brak słów.

A na koniec jebnijmy się w łeb.

Brak komentarzy: