2015/10/31

Wyzwanie Asu: The Stanley Parable



Początkowo zachodziłam w głowę o co właściwie tutaj chodzi?! Normalnie nigdy nie zagrałabym w The Stanley Parable: ani to nie przykuło mojej uwagi pod względem grafiki, opis gry też mnie nie porwał... No ale co mi było zrobić - mam to na liście Asu, oceny są całkiem dobre, więc chyba nie będzie tak źle? Przyznam, że faktycznie nie było.



Na początku kilka (nie)zbędnych informacji: The Stanley Parable to przygodówka zespołu Galactic Cafe. Jesteśmy tytułowym Stanley'em - pracujemy w korporacji jakich wiele na całym globie, wpatrzeni w ekran komputera, robiącymi codziennie to samo, aż do znużenia. Wtem dzieje się coś zupełnie nieoczekiwanego. Stanley nie otrzymuje swoich zadań tak, jak każdego dnia. Stwierdza, że chyba coś nie pykło i wychodzi ze swojej klitki. Tak rozpoczyna się nasza krótka (niestety) przygoda.

I teraz znaczna uwaga, ponieważ będą spojlery, a być może ktoś będzie chciał zagrać. Nie chcę Wam, moi czytelnicy, odbierać przyjemności grania i uprzejmie proszę - skończcie lekturę po ocenie pod tym akapitem. Zróbcie to dla siebie. Jeżeli nie chcecie grać, to czytajcie do końca.

Całości daję mocne 7 na 10.
  1. Narracja - jest świetna! Nie usypia, skupiamy się na głosie, który nas często po prostu rozbawia (albo to ja mam skrzywdzone poczucie humoru). W sam raz dla kogoś, kto zaczyna przygodę z tego typu grami.
  2. Achievementy - ciekawie nazwane, dosyć proste do osiągnięcia, a i tak cieszą.
  3. Muzyka - tak, jest tu muzyka, która również wywołuje uśmiech na twarzy. Taki skromny dodatek do całości, ale jak najbardziej na plus.
  4. Zmieniające się otoczenie - nie powiem więcej niż to, że jednocześnie mnie bawiło, ciekawiło i smuciło.
  5. Chcesz w to zagrać jeszcze raz - może i krótkie, może całkiem szybko dowiadujemy się o wszystkim, ale i tak chcesz zajrzeć w każdy możliwy kąt. W KAŻDY.
  6. Wiele scenariuszy - dodatkowa motywacja, by kiedyś jednak wrócić do tej gry.
  7. Tak wyobrażam sobie bycie w korpo i cieszę się, że ktoś to pięknie zobrazował.

Teraz ostrzegam: zamieszczam kolejnego screena a po nim będzie fala spojlerów i moich jak zawsze najgłębszych rozkmin. Z częścią pewnie już się żegnam, resztę zapraszam dalej.


Jak zauważyliście w punkcie siódmym napisałam jasno i wyraźnie, że tak wyobrażam sobie wielkie korporacje i pracę w nich. Grając w The Stanley Parable mamy możliwość poznania sensu pracy w takim miejscu w nieco przerysowanej formie.

Jest super, każdy ma swoje stanowisko, wszędzie są jakieś papiery, jest czysto, jasno, tak w sumie to nijako. Gdzieś tam w kącie stoi kwiatek, bo zieleń pomaga zmęczonym od ekranów oczom. Tak naprawdę każdy jest takim typowym Stanleyem, robiącym cały czas to samo, nie zwracającym uwagi na otoczenie i własne potrzeby, Standard pracoholika, prawda?  

Och, jak bardzo nie chcę stać się kimś takim!

Bo wiecie, ja bardzo sobie cenię wolność. I to nie jest tak, że takie myśli nakazuje mi młodość. Są ludzie starsi ode mnie parę ładnych lat a mają podobny pogląd. Pracując w korpo żyłabym koszmarem najgorszym ze wszystkich. Zawsze coś po terminie, zawsze coś na wczoraj, zawsze praca w domu, zawsze coś nie tak... Ja już mam problem z wytrzymaniem na studiach - charakteryzuje mnie bowiem słomiany zapał i lekkość butów. Wszędzie mnie nosi, najczęściej tam, gdzie nie powinnam w ogóle się znaleźć. Z drugiej strony gdy już jednak się poddaję, jestem lekkomyślna i nieodpowiedzialna, to wiodę szczęśliwe życie pełne przygód oraz doświadczeń. No i wyobraźcie sobie mnie w takim korpo!

Nie powiem, bo może i zarobki są dobre. Z drugiej strony jednak popieram nieco zdanie mojej współlokatorki: "Mam znajomą, która pracuje w takiej typowej korporacji, gdzie ma zapierdol cały czas. No i niby dostaje za to dobre pieniądze. Tyle że jak przeliczyć to na godziny, które spędza w domu nad pracą, to wcale nie wychodzi tego aż tak dużo".

Nie odnajduję się w tym wszystkim. Nakazy i terminy mnie nie obowiązują, bo kieruję się tylko i wyłącznie tym, co sobie sama nakazałam i jaki termin sobie wyznaczyłam. Ciężko z tym się żyje i nie zawsze jestem w stanie poskromić swojego wolnego ducha, by osiągnąć coś, co chcę. Nie wiem, może kiedyś mi się odmieni, ale teraz mam głowę pełną marzeń i pomysłów a pojęcie "plan" dopiero zaczynam przyswajać.

W The Stanley Parable, podczas podróży po budynku, zmienia nam się otoczenie. Im bardziej "w głąb ziemi", tym bardziej wszystko przypomina mi piekło. Na początku jest super - tu kwiatek, tam kwiatek, porządek i jasność. Potem mamy setki monitorów, podziemia, ciemność, dziwne maszyny i dosyć nietypowe zobrazowanie tego, że korpo to nie miejsce pracy, to stan umysłu. I co prawda to wszystko jest takie śmieszne i cieszy gracza ale tylko do momentu gdy sobie pomyśli, że tak faktycznie jest. Ta kontrola, obserwacja, podcinanie sobie nawzajem skrzydeł - dlaczego ludzie dobrowolnie godzą się na coś takiego? Czy pieniądze aż tak bardzo nami rządzą? Czy tylko ja się jeszcze łudzę, że można pracować z chęcią i pasją? Czy kiedy opętany wirusem KORPORACJA człowiek zaczyna widzieć wszystko takim, jakim faktycznie jest, to rzeczywiście wpada w panikę i na widok nieba niemal płacze ze szczęścia i się czuje jak nowo narodzony?

Jestem przeciw takiej okropnej pracy, która wysysa z człowieka jego witalność, a tak naprawdę jeszcze nie zawsze rozwija. Z drugiej strony moja opinia jest tak na dobrą sprawę wykreowana na podstawie komentarzy i przeżyć innych. Dlatego też mogłabym popracować, a przynajmniej się postarać, w takim korpo. Ale maksymalnie 2 dni. Tylko żeby samej się przekonać o tym mechanizmie, nic więcej. Raz by mi się nawet udało. Pewna firma odpowiedziała mi na moje CV. Pierwszym moim komentarzem na temat miejsca, gdzie miałam rozmowę kwalifikacyjną, było typowo "o kurwa". Jakiś wieżowiec, pisiont pięter i ja, taka gówniara. Może i zdolna, ale gówniara. No cóż, pewnie bym robiła tam kawę i nic poza tym, ale i to pewnie miałoby jakieś swoje terminy, których nie umiałabym dotrzymać. Dobrze, że wtedy zdobyłam inną pracę i nie zostałam tam ani minuty dłużej, niż trzeba.

Może kiedyś będę pracować w korpo, tak sobie dumam. Nie wykluczę tego, bo nie znam swojej przyszłości, prawda? Wiem jednak jedno: na bank nie będę wtedy sobą. Na bank!

A na koniec jebnijmy się w łeb.