2015/11/17

Otoczenie a Ty


Chyba cały czas mi powtarzano, że to, gdzie żyję i jak mieszkam ma wpływ na mnie i na moje życie. Jakoś nigdy nie przejmowałam się tym, ba, nawet nie wierzyłam w jakąkolwiek prawdziwość tych słów. Potem przyszło Życie bez ograniczeń, coś mnie oświeciło, ale to nie do końca było to. Dzisiaj siedzę w swoim akademickim pokoju i mam ochotę stąd uciec.




Zaczęło się w domu: Jak możesz tak tu siedzieć?! Posprzątaj te ubrania! Wynieś tę stertę kubków! Jak ty tu się uczysz?! Prosiłam, zetrzyj kurz... Nie męczy Cię siedzenie w czymś takim? No nie męczyło, a przynajmniej tego nie odczuwałam. Na nic argumenty Ojca, że w uporządkowanym miejscu będzie mi się lepiej wkuwało, myślało i generalnie żyło. Lubiłam ten swoisty bałagan, który jak patrząc na to z biegiem lat, symbolizował mnie. Z czasem było nieco mniej nieporządku, bo i miałam mniej nieporządku w sprawach codziennych. Potem przyszły studia.

Mój pokój to pokój dwieście trzydzieści.  Jedna z wielu "trójek" w akademiku. Mam lodówkę, trzy łóżka, dwie współlokatorki, firanki w księżniczki i zabawkową piłę Stihla. Ciągle jest jakimś sposobem bałagan, a nawet bywa, że syf (w tym momencie brakuje tu tylko mojej Mamy, krzyczącej dość prymitywnie: no nic, tylko tu nasrać!). Trudno jednak na tak małej powierzchni utrzymać porządek. Bo tak w sumie to nie jest nas trójka, a czwórka. Ot, studenckie życie.

Typowo?  Nie sądzę. P. potwierdza.

Początkowo mieszkało mi się tu świetnie. Porównywałam poprzedni rok z obecnym i widziałam same zalety, minusy wydawały mi się kompletnie nieistotne. Od dłuższego czasu mimo wszystko czuję, że coś jest nie tak, coś mi się nie podoba, coś mi przeszkadza i... wracam do startu, zamiast biec dalej i działać, działać, działać! Widać to po moich celach - na listopad wypisałam sobie kolejne pięć, gdzie już dwóch nie uda mi się wykonać. Zaczynam tracić swój entuzjazm, energię, gotowość i chęci.

Coś jest w moim akademiku. Coś złego. Rozmawiałam z P. i porównałam mój "zamek" do choroby, która w nieodpowiednim momencie atakuje Ciebie i nie chce opuścić Twojego ciała. Co ciekawe - nie wszystkich atakuje. Gdy jednak Cię dopadnie, niszczy Twoje wnętrze i działa bez skrupułów. Mieszkam tu drugi rok, widziałam o wiele więcej niż niektórzy, co mieszkali tu nawet pięć lat. Miałam tysiące przygód, z przerostem tych niezbyt pozytywnych. Znowu siedzę w dwieście trzydzieści i znowu mam dylemat życiowy: co robić?

Codziennie mijam korytarze z niedomytą podłogą. Dym papierosa wżera się w gardło i choć już rak macha mi rączką na powitanie, to i tak dodaję swoją część trucizny do tego piekła. Kible raz czyste, raz zarzygane. Tam pobita butelka, tam ktoś chyba zrobił skup szkła. Ktoś gra w piłkę na korytarzu, ktoś płacze za ścianą, ktoś taki jak ja nie wie, co tu robi. Czasami jest cudownie, gdy zbieramy się wszyscy, pijemy browarki i rozmawiamy o tym, co się wokół nas dzieje, albo się właśnie nie dzieje. Kocham te chwile. Mimo to zaczynam popadać w marazm, zaczynam rezygnować ze swoich planów, a przecież już wykonałam tyle roboty nad sobą! Zdawało mi się, że już nie przejmuję się tym wszystkim, to nie ma na mnie żadnego wpływu i dam radę z każdą możliwą przeszkodą. Wciąż staram się jak mogę, ale to miejsce pochłania mnie niczym bagno, z którego bez czyjejś pomocy mogę się już nie wydostać. Nie dwa razy.

W pokoju nie mam ucieczki od tego babilońskiego życia. Mieszkam z A. i E. (od dzisiaj są to witaminy!) i choć je uwielbiam, to czasami brakuje mi mieszkania tylko ze sobą. To czasami powtarza się ostatnio zbyt często. Nie jest dobrze.

Dlatego chciałabym się przeprowadzić gdziekolwiek. Jednocześnie bardzo tego nie chcę.

Nie chcę poddać się bez walki. Wpierw chcę się dowiedzieć dokładnie, co tak źle na mnie działa. Cały B? A może ja, bo kto wie, może to ja coś źle robię, a tego nie widzę? Po co mam rezygnować z obecnego pokoju i dobrych współlokatorek na rzecz czegoś, co wcale nie musi być dobre? Tragedii jeszcze przecież nie ma, jest jakiś problem, ale przecież można go jakoś rozwiązać!

Od jutra sprzątam - gruntownie, wszystko jak leci. Pamiętam jak z A. byłyśmy Perfekcyjnymi Paniami Domu i tak odpicowałyśmy pokój, że ludzie go nie poznawali. Czułam się w nim jak w domu. Potrzeba mi znowu takiego stanu. Dodatkowo zdobywam kalendarz i zapisuję wszystkie terminy, które mogą być dosyć istotne. Tracę poczucie czasu, gdyby nie uczelnia to nie wiedziałabym, jaki mamy dzień tygodnia. Dbam o siebie. Ostatnio nawet nie miałam chęci by obciąć i wyrównać swoje połamane paznokcie Ale ze mnie dama, co?  Dbam o tych najbliższych. Daję sobie nowe cele, proszę o wsparcie i działam. Powtarzam: wszystko mi się uda.

Ostatecznym krokiem może okazać się zmiana pokoju, a może nawet akademika. Nie chciałabym jednak tego robić, nie teraz. Mimo wszystko B. uczy i wychowuje, chciałabym jeszcze tu być, umocnić przyjaźnie, by na starość mieć kogo wspominać. I co wspominać też.

Otoczenie ma wpływ na mnie, dam rękę uciąć, że na Ciebie też. Zaufaj mi - nie piszę tego, bo ktoś coś mi opowiedział lub przeczytałam na jakimś forum. To jest przetestowane przeze mnie, częściowo nawet nieświadomie. Dopiero teraz wyciągam wnioski, być może i Ty tego potrzebujesz. Zacznij od drobnostek. Opróżnij z niepotrzebnych rzeczy jakąś szafkę, potem kolejną. Potem pozbądź się zbędnych rzeczy w pokoju. Potem postaraj się uporządkować to, co dla Ciebie najważniejsze. Zrezygnuj z ludzi, którzy źle na Ciebie wpływają. Zrezygnuj z miejsc, które sprawiają, że czujesz się jak gówno. Wykonałam część takiej roboty i od razu poczułam niesamowitą ulgę i chęć do działania. Nie chcę utracić tego, co zyskałam po tym, jak uporządkowałam nieco swoją głowę i komnatę. Czas na oficjalny sezon na sprzątanie!

(W końcu coraz bliżej święta, okna trzeba myć...)

Podobno lepiej mieć burdel w pokoju jak pokój w burdelu. Ale jeżeli masz i jedno, i drugie, to chyba czas na podjęcie stanowczych decyzji.

A na koniec jebnijmy się w łeb.

Brak komentarzy: