2016/09/01

Małe miasto kontra duże miasto. Dom konta dom.


Pochodzę z małej miejscowości, maksymalnie z dwadzieścia tysięcy mieszkańców, każdy każdego jakoś kojarzy, plotki roznoszą się z prędkością szybszą niż światła a każde możliwe święto to doskonała okazja by zaprezentować nowy nabytek w postaci ubrań czy też samochodu. Na studia wyjechałam dosyć daleko i pierwszy raz miałam styczność z miejscem, gdzie trzeba gdzieś dojeżdżać, gdzie za każdym rogiem jest coś nieznanego i odkrywanie nowych miejsc nie skończy się po tygodniu, a właściwie można powiedzieć, że cały czas możesz odkrywać piękno Poznania na nowo.



Obecnie ze względów na moją wyjątkową przydatność w domu i potrzebę pomocy jestem w tym swoim smutnym rodzinnym mieście już od ponad dwóch miesięcy. To pierwszy taki długi "zjazd na chatę" odkąd studiuję. Szczerzę muszę przyznać, że z biegiem czasu doszłam do jednego wniosku: nie mam bladego pojęcia, gdzie należę. Bo wiecie, małe miasto ma swoje plusy, tak samo jak i te większe. I nie wiem, których bardziej w tym momencie potrzebuję.

W małym mieście wszystko jest blisko. Chcesz odwiedzić lekarza, zajść po zakupy na obiad, odwiedzić koleżankę i może przy okazji kupić nowy podkład? Nie ma problemu, pieszo nie zajmie Ci to długo, a przy okazji ruch to zdrowie. Komunikacji miejskiej nie ma, bo jest zwyczajnie niepotrzebna. Korki trwają co najwyżej dwie minuty, ludzie jakby nigdzie nie jechali, nie spieszyli się zbytnio. Wokół same pola i lasy, bierzesz rower i jedziesz tam, gdzie słychać tylko Twój oddech i powiew wiatru. Niesamowite, jak można w godzinę podładować baterie do takiego stopnia, że aż rozsadza Cię energia. Możesz łatwiej osiągnąć w duszy wyciszenie, pozbierać swoje myśli i dalej działać. Chleb też tu jakiś lepszy, bo mniejsze piekarnie mają większą siłę przebicia i człowiek nie jest zalewany jakimś totalnym gównem. Zmiany? Żadne gwałtowne. Może ktoś zmieni szyld swojego sklepu, może gdzieś w parku zmienią ławki a na elewacji jednego z bloków pojawi się mało artystyczne graffiti. Nic specjalnego. Nic Ciebie tu nie ominie, a nawet jeśli, to serio nic wielkiego.

Taki klimat lubię, momentami nawet kocham. Tutaj mogę mieć pauzę, odetchnąć i wrócić do wielkomiejskiego trybu życia, który swoją drogą mnie fascynuje. Nie uważacie, że to jakaś wyjątkowa magia, nie robić nic, a mimo to wokół Ciebie wszystko drga i w jakiś sposób wpływa na Twoją osobę? Ruszysz palcem, a ten dziwny wir wkręca Cię i wręcz zmusza do działania? Kocham to, bo nie wiem nigdy, czym zaskoczy mnie nowy dzień. Czasem jednak dzieje się tak wiele, że kompletnie się nie ogarniam, moje plany i poglądy wypadają mi z rąk, a ja nawet nie mam chwili, by stanąć i to jakoś poukładać. 

Wtedy wracam sobie do domu na takie dwa lub trzy dni, doprowadzam się do ładu i składu i znowu siedzę w przedziale w pociągu.

Ale tym razem jestem trochę tu dłużej, dłużej niż właściwie powinnam.

Trudno by mi było całkowicie opuścić swoje rodzinne miasto. Zadupie to zadupie, ale nic mnie tak nie koi jak znane mi ulice, tak bezpieczne, bo nawet każdego żula jako tako kojarzę, albo nawzajem dla siebie jesteśmy niewidzialni. Zostać tu dłużej też nie potrafię, bo to takie... nudne. Przewidywalne. Mdłe. Bezbarwne. 

Ostatnio przeglądałam pewne forum, rozmawiałam też ze swoimi znajomymi i razem stwierdziliśmy, że ten stan osiągam nie tylko ja. To chyba jakiś element dorastania, który jakoś niecnie nas złapał i nie chce puścić. Chcielibyśmy mieć dwa domy, jeden tam, skąd jesteśmy, drugi tam, gdzie układamy swoje życie. Każdy nas w jakiś sposób pociąga, każdego też potrzebujemy. Nie umiemy zdecydować się na jeden. Podjęliśmy decyzję tuż po maturze i teraz dosięgają nas konsekwencje tych wyborów. 

Chciałabym mieć takie dwa domy na zawsze, bo w każdym tak naprawdę jestem sobą i dobrze funkcjonuję. Mam jednak nieodparte wrażenie, że kiedyś przyjdzie mi już wybrać i znaleźć swoje stałe miejsce. Te inne staną się miłym wspomnieniem, jednak czymś, do czego nie będę już tak wracać. 

A teraz jeszcze pobłądzę, pokręcę się tam i z powrotem, pouczę się życia. Moje dwa domy jeszcze niech powalczą, nie nadszedł moment, by decydować raz i na zawsze. Wszystko w swoim czasie!

A na koniec jebnijmy się w łeb.

Brak komentarzy: