2017/04/05

Kuba - Notatka z przeszłości


W tamtym momencie nie za wiele dla mnie istniało. Byłam ja, ulica, muzyka w uszach i myśl, czy przyjąć pracę czy nie. Właściwie nie wiedziałam, czy te pieniądze są tego warte: dziś okazuje się, że to była mądrze podjęta decyzja. Choć drugi wariant też nie przyniósł mi obiecanych kokosów, przynajmniej w kwestii mamony.

Kroczyłam w swoich brązowych obcasach, opiętych dżinsach i kurtce ze sztucznej skóry, którą uwielbiam do dziś. Czułam się co najmniej ładna i chyba część męska przechodzących obok mnie ludzi zdolna była stwierdzić to samo. Przynajmniej jeden ktoś. Nagle dotknął mojego ramienia i uśmiechnął się do mnie zza okularów przeciwsłonecznych.

Kuba.




Zdjęłam słuchawki i zapytałam, co się stało. Mijaliśmy się przed chwilą, podobno. I podobno Kuba nie mógł przejść spokojnie, bo tak bardzo chce mnie poznać. Jak dla mnie to była kompletnie niecodzienna sytuacja,właściwie pierwsza tego typu! Obcy koleś chce mnie poznać, ale jak to? Czułam niesamowite zmieszanie - dziś już bym tego tak nie odczuła, przynajmniej nie aż w takim stopniu jak tego dnia. Trochę szkoda... a może jednak...

Doceniłam fakt, że ma na tyle jaj by do mnie zagadać, kompletnie obcej dziewczyny, na trzeźwo, gdzieś tam na ulicy. Podałam mu numer i umówiliśmy się na poniedziałek. Nie mogłam mu przecież odmówić! Ponieważ widzieliśmy się raptem minutę koło przystanku - może jednak pięć -  marwiłam się nie tylko o to, jak będzie kleiła się gadka, ale czy w ogóle go poznam w umówionym miejscu (kto ma beznadziejnie słabą pamięć do twarzy, ten w zupełności mnie zrozumie).

Van Gogh. Piwo. 2 wściekłe psy. Ciekawa rozmowa. Alkohol. Schodzimy na dół. Tylko my i dzikie pocałunki. Namiętność rośnie, temperatura sięga coraz wyższych słupków, wszyscy wokół patrzą na nas, jak na jakieś niewyżyte zwierzęta. Gdy teraz o tym myślę, mam wrażenie, że to wszystko było niepoprawne, ale najwidoczniej potrzebne. Chwila przerwy i patrzymy sobie w oczy. Niewiele widzę, bo z bliska widzę tylko rozmazane plamy i doszukuję się w nich uczuć. Naiwna! Gdzie ich tam szukać? Uśmiechamy się do siebie. On liczy na coś więcej i myśli, że mnie przekona, ja się śmieję, bo dobrze wiem, że nic z tego nie będzie i obserwuję taniec błazna. Mimo to idę do niego, chyba z przekory, żeby zrobić mu na złość. Nie wiem właściwie, co miałam wtedy na celu.

Kuba mieszkał w chwili poznania w jednej z kamienic, nieopodal Starego Rynku. Wynajmował pokój od uroczego Francuza. Sam mówił płynnie po francusku, robił to naprawdę dobrze. Nie, żebym się znała, ale w tamtym momencie wydawało mi się to zupełną magią, czymś fascynującym, choć nieznoszę tego języka. (Ten alkohol!) Mieszkanie okazało się takie jakieś smutne, otaczały mnie gołe, białe ściany. Miał Playstation 4 i beznadziejny widok z okna - na drugie okna. Gdzieś na półce koło łóżka leżała paczka Durexów. Ot, taki element ozdoby ponurego pomieszczenia. Innych pierdółek tam nie zauważyłam.

Nie widziałam więcej Kuby. Odprowadził mnie na przystanek po kolejnej serii pocałunków i taki był koniec naszej znajomości.

Nie wiem, jak potoczyły się jego losy, może nawet widziałam go gdzieś na ulicy, ale nie poznałam? Może jest we Francji? 

Nie wiem nawet, czy to na pewno był Kuba. Czy na pewno miał 28 lat, czy był programistą. Mógł być przecież kimkolwiek. Zawsze wydawało mi się to tak jakoś mało istotne.

Właściwie nie wiem, po co w ogóle wracam do tej notki. Wcześniej brzmiała ona nieco inaczej - w większości jak bełkot jakiejś napalonej małolaty, która z jednej strony szczyci się zachowaniem godności, z drugiej - że zabawiła się nadzieją na seks jakiegoś starszego kolesia. Potem jednak widzę to zdanie:

Taka drobna sytuacja a lepsza niż jakikolwiek komplement!

W tym momencie zauważyłam, jak bardzo zmieniłam się w przeciągu prawie dwóch lat. Już nie potrzebuję uwagi kolesia z ulicy, żeby poczuć się lepiej, wydać się samej sobie bardziej atrakcyjną. Zauważyłam, jak bardzo wzrosła moja pewność siebie, samoświadomość potrzeb.To nie tak, że całkowicie wyzbyłam się kompleksów, bo w sumie nadal chcę mieć większe cycki, gęstsze włosy, ładniejszą cerę, zgrabniejszy brzuch i tak dalej. Szczerze mówiąc chodzi głównie o to, że i bez tych wcześniej wymienionych rzeczy czuję się ze sobą okej. Nie jak Karlie Kloss, Kate Moss czy jakaś Campbell - nie jestem modelką, ale jestem sobą, a przecież jestem okej!

Co chciałabym przekazać? Chyba to, że prawdziwa siła leży w nas samych - przynajmniej tak wnioskuję ze swoich myśli "po Kubie" i po tym, co przeszłam. Nie wyleczymy się ze swoich kompleksów bazując tylko i wyłącznie na opinii innych. Okej, ona pomaga, podnosi nas na duchu, niekiedy strasznie motywuje, by iść dalej. To jest dobre. Ale złym jest, gdy opieramy się tylko na tym, bo gdy zmienią się ludzie w naszym otoczeniu, z tych pozytywnie nastawionych do naszej osoby na tych bardziej negatywnych, to pociągną nas z powrotem w dół. A przecież nie o to chodzi, prawda?

Trzeba umieć dostrzec swoje plusy, akcentować je w swojej głowie, nie zważając na jakieś niedostatki. 

Swoją drogą napisałam na końcu, że nigdy nie zapomnę tej przelotnej znajomości. Te kilkanaście miesięcy temu wydawała mi się niezwykle istotna, wręcz jakby sam Jan Paweł II przyszedł do mnie z kremówką, ja na stół postawiłabym kubki z herbatą z Biedy i tak pijąc i jedząc jeszcze byśmy rozmawiali o życiu. A wiecie co? Gdybym nie przejrzała swoich kopii roboczych, to wcale bym sobie o tym faciecie nie przypomniała. Wniosek? Jałowe, nic nie wnoszące znajomości do naszego życia zwyczajnie odchodzą w zapomnienie. Let it go, jak to mówią, idź dalej, poznawaj dalej, aż trafisz. Przynajmniej na coś, co jest warte, by to wspominać.

Nauczyć się oddzielać wartościowe od chłamu - trudna rzecz.

Tak to notka z przeszłości popchnęła mnie w stronę refleksji w ten spokojny wieczór. Może trafi się jeszcze taki jeden, by sobie powspominać?

Brak komentarzy: