2017/10/20

Wieczorny VHS: Prosta historia (1999)

Źródło: filmweb.pl

Ostatnio naprawdę przypadkowo wpadam na dzieła Davida Lyncha i wciąż mam w głowie chociażby Zagubioną autostradę z 1997 roku - serio, to film na który można patrzeć jako na zbiór losowych scen jakoś ze sobą powiązanych albo na tak grubą historię, że po prostu bambosze spadają z nóg. W zależności od Twojej interpretacji każda z postaci nabiera innego wydźwięku, a siedząc ze znajomymi można debatować na temat filmu przynajmniej do rana (i skończyć z bólem głowy albo od przemyśleń, albo od alkoholowych trunków). Gdy przyszedł ten beznadziejny, jesienny poniedziałek i drogą losowania padło na Prostą historię poleciałam jak głupia robić budyń, potem usiadłam grzecznie w łóżeczku i kliknęłam play. Oczekiwałam dobrego kina. Czy dostałam? Było warto poświęcić dwie godziny?






Alvin Straight - to ten człowiek i jego niezwykła historia stały się inspiracją dla Davida Lyncha. Ten Amerykanin w wieku 73 lat pokonał ponad 380 kilometrów przez 6 tygodni, by spokać się ze swoim bratem po udarze mózgu. Biorąc pod uwagę wiek, odległość, kłopoty ze zdrowiem i to, że całą podróż Alvin przebył... na kosiarce... no cóż - robi wrażenie i trudno przejść obok tego wszystkiego obojętnie, prawda?

I tak oto powstała Prosta historia, która miała opowiedzieć o tym właściwie zwykłym człowieku, który przebył niewątpliwie trudną drogę, a jednocześnie reżyser chciał przekazać kilka prawd dla widza.  Czy się udało?

A jak!

Przez niecałe dwie godziny można:
  • pozachwycać się przepięknymi krajobrazami,
  • pozachwycać się grą Richarda Farnswortha (był genialny!),
  • poczuć sielskość i promienie słońca, gdy pan Farnsworth pędzi na swojej kosiarce
  • zrozumieć kilka prostych spraw, a może nawet nie tak prostych jakby się mogło wydawać
  • lub dopiero zwrócić na coś uwagę
  • mieć nadzieję lub ją odzyskać
  • odzyskać również wiarę w ludzi (przynajmniej odrobinę, nie wierzę, że komuś to się nie udało)
  • spędzić dobrze te dwie godziny po prostu


Co by tu nie powiedzieć - to jest kawał dobrego filmu. Jednak od razu ostrzegam - nie ma tu wybuchów, hemoglobiny i innych cudów maryjnych. Jeżeli ktoś z Was oczekuje dużej ilości akcji lub szalonych plot twistów to muszę Was ostrzec, że będziecie bardzo zawiedzeni. Traktujcie ten film tak, jakbyście sami jechali do Wisconsin z głównym bohaterem - wszystko dzieje się wolno, a nawet bardzo wolno. I tak być musi, bo inaczej trudno byłoby dostrzec drobnostki, a te drobnostki znaczą najwięcej.

Prosta historia jest nafaszerowana emocjami - widz śmiało będzie przeżywać tu zarówno radość jak i smutek, żal czy rozczarowanie będzie przeplatać się z entuzjazmem i śmiechem. Podróż zwana życiem: starość będzie walczyć o swoją uwagę z energicznym duchem młodości. Nie da się też zapomnieć o nadchodzącej śmierci, czuwającej nad wszystkimi i z tyłu głowy każdego odbiorcy pojawi się pytanie: czy zdąży? Czy w ogóle warto? Co chce mu powiedzieć, ten biedny, chory starzec? Po co to? No po co?

To w sumie nie będą jedyne pytania, które zaczną krążyć po Waszych umysłach. Zaczniecie zastanawiać się nad wieloma sprawami, a żadna z nich nie wyda się wam błaha, bezsensowna. 

Lynch mnie zaskoczył - co prawda nie obejrzałam zbyt wielu jego dzieł, to jednak to odbiega od tego, co do tej pory widziałam. Tu jest naprawdę tytułowa prosta historia, nie ma mindfucku jak chociażby przy Zagubionej autostradzie czy tylu intryg i jakoś bardzo wyróżniających się, charakterystycznych postaci jak w legendarnym Twin Peaks. Przeczytałam gdzieś, że to niezwykle dojrzałe kino i trudno mi się z tym niezgodzić. Warto znaleźć wolny wieczór i obejrzeć ten film chociażby po to, by sprawdzić, czy nasze priorytety są tymi, którymi warto w rzeczywistości się kierować.

Ostatecznie daję mocne 8/10. Muszę szczerze przyznać, że niektóre dialogi były po prostu tak ckliwe, że nawet ja tego nie mogłam przełknąć i chyba dałoby radę to trochę inaczej zrobić. No i czasami miałam już dość tych wszystkich pejzaży...

[Tu powinna być sekcja z grubymi spojlerami i moimi rozkminami i bardzo chętnie bym się wypowiedziała szerzej w tematyce filmu, jednak męczy mnie przeziębienie i niestety nie podzielę się z Wami tym, co siedzi mi w głowie :c]

To by było tyle na dziś. Następny Wieczorny VHS najprawdopodobniej za tydzień, chyba że zdążę umrzeć do tej pory od ciągłęgo smarkania.

Eloelo!

Brak komentarzy: